Ubój rytualny

POSEŁGdybym nie jadła mięsa, miałabym o wiele mniej wątpliwości, jak zagłosować w sprawie uboju rytualnego. Jestem jednak mięsożerna. Noszę też skórzane buty, paski i torebki.

Kiedy rozpoczęła się dyskusja na temat uboju rytualnego, ponad pół roku temu, przyznaję szczerze, że nawet nie miałam świadomości istnienia tego sposobu zabijania zwierząt. Uboju rytualnego dokonywano w naszym kraju i nikt o tym nie mówił, nikt nie protestował. Od 2004 roku regulowany był rozporządzeniem ówczesnego ministra rolnictwa Wojciecha Olejniczaka i gdyby nie wyrok Trybunału Konstytucyjnego, pewnie nadal nie byłoby tego potężnego zamieszania. A wyrok nie dotyczył wcale sposobu, w jaki zwierzęta są zabijane rytualnie, ale tego, że regulacja musi mieć charakter ustawowy, a nie formę rozporządzenia. No i zaczęło się.

Sejmowe skrzynki posłów zostały zalane tysiącami mejli od rzekomych obrońców zwierząt. Piszę rzekomych, bo treść wiadomości była identyczna, powielana wielokrotnie. Ewidentny spam. W nurt tych protestów zaczęły się wpisywać wypowiedzi ekspertów, naukowców, fachowców podkreślających, że zabijanie zwierząt bez wcześniejszego ich ogłuszania, to barbarzyństwo, które w XXI w., w kraju cywilizowanym nie powinno mieć miejsca. Naraża niepotrzebnie zwierzęta na cierpienie.

Z drugiej strony pojawiają się kwestie gospodarcze i społeczne: eksport polskiego mięsa do krajów muzułmańskich i żydowskich idący w tysiące ton, wyższe ceny żywca dla polskich hodowców, wreszcie miejsca pracy, które w dobie kryzysu i wysokiego bezrobocia są na wagę złota.

Jeszcze inny aspekt, to kwestie ideologiczne – w naszym kraju też mieszkają Żydzi z ich koszernością określającą rodzaje produktów dozwolonych do spożywania i wyznawcy islamu z ich halalem (dietą muzułmańską). W obydwu religiach mięso do spożycia musi pochodzić z uboju rytualnego – wykrwawione.

Uczestniczyłam w kilku spotkaniach z udziałem ministra rolnictwa, głównego lekarza weterynarii, naczelnego rabina, koleżankami i kolegami z Klubu Platformy Obywatelskiej. Przeczytałam wiele artykułów i opracowań na ten temat. Rozmawiałam też z wieloma lekarzami weterynarii. Wątpliwości rodziło się i nadal rodzi bardzo wiele. Mój największy protest wzbudzało stosowanie klatek obrotowych, ale w obecnym kształcie projektu ustawy nie ma na nie zgody. Ubój rytualny na potrzeby Żydów i muzułmanów mieszkających w Polsce byłby jeszcze do przełknięcia przez wiele osób (słuchałam rozmowy z Moniką Olejnik), czemu więc na skalę eksportową wzbudza taki sprzeciw. Z moralnego punktu widzenia ilość nie powinna mieć tu znaczenia. Albo całkowicie zakazujemy, albo pozwalamy.

Tylko dwa kraje europejskie nie pozwalają na ubój rytualny. Dla mnie to oczywiste, że zwierzęta wyhodowane w Polsce wyjadą za granicę i tam zostaną zabite, w Czechach, na Słowacji, w Rumunii. Stracą na tym polscy hodowcy i producenci mięsa, a zwierzętom nie oszczędzimy cierpienia. Mało tego – dołożymy, bo czeka je jeszcze transport, który nierzadko kończy się odwodnieniem i połamaniem kończyn. W tym aspekcie zastanawiam się, czy tak silny lobbing środowisk obrońców zwierząt nie jest podgrzewany przez tych, którzy czekają, aby przejąć nasze rynki zbytu. I dodatkowe pytanie: czemu przez tyle lat nie widzieli tego problemu? Przecież temat ochrony zwierząt był poruszany wiele razy. Niedawno nowelizowana była ustawa. Dlaczego nikt wcześniej nie zwrócił uwagi na barbarzyńskość uboju rytualnego?

Nie byłam nigdy w ubojni i raczej się tam nie wybiorę. Z relacji naocznych świadków, choćby znajomych weterynarzy, wiem że bez względu na to, czy zwierzę jest zabijane rytualnie czy zwyczajnie – widok jest przerażający. A samo ogłuszenie też jest bolesne i jest preludium do zbrodni na zwierzęciu. Jako zjadacze mięsa nawet się nad tym nie zastanawiamy, że smaczny pachnący kabanos był kiedyś częścią sympatycznej świnki, a „tatarek” to kawałek krówki o pięknych oczach. Opowieści o nieudolnym szlachtowaniu rytualnym są raczej mitem. Sprawny rzezak robi to szybko, jednym cięciem, bo inaczej nie miałby czego szukać w tym fachu. Ponadto zapisy ustawy zaostrzają kontrolę nad tym sposobem uboju. Oczywiście żal mi zwierząt, ale w łańcuchu pokarmowym jesteśmy nad zwierzętami. Mięso z uboju rytualnego jest również dla ludzi, ludzi, których wiara tego wymaga.

Po przeanalizowaniu wielu argumentów „za” i „przeciw”, jako socjolog widzę w tym wszystkim przede wszystkim walkę polityczną, walkę o władzę podgrzewaną medialnie. PiS, które ma sporą część elektoratu w środowiskach wiejskich i głosując przeciw może częściowo go utracić, ale zrobi to, aby zaszkodzić Platformie. Wojciech Olejniczak z SLD raptem oświadcza, że on przemyślał, dojrzał i zmienia zdanie. Jego rozporządzenie pozwalające na ubój rytualny przez ostatnie 10 lat jest jednak „be”. Z przekonania? Ależ skąd. Na SLD zagłosuje przecież więcej miłośników zwierząt niż rolników – hodowców, czy właścicieli ubojni. Ruch Palikota toleruje w swoich szeregach hodowców zwierząt futerkowych i jakoś im nie przeszkadzają. A w sprawie uboju rytualnego poseł od Palikota rozdziera publicznie szaty z okrzykiem – Nie pozwólmy cierpieć zwierzętom. Hipokryzja w najczystszym wydaniu.

Projekt jest rządowy, powstał w wyniku wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który jesteśmy zobowiązani zrealizować. A ja jestem posłem koalicji rządowej i uważam, że mam obowiązek zachować się w stosunku do niej lojalnie. Bez względu na to, czy będzie tzw. dyscyplina w naszym Klubie, czy nie – będę „za”. Wiem, że wśród moich wyborców mogę stracić dużo, ale stawiam sprawę jasno. Nie będę przeciwko swojemu rządowi. A temat uważam za nadmiernie rozdmuchany dla zadymy politycznej. Zwierzęta są podstawą naszego pożywienia i będziemy je zabijać.